16/06/2008

A mi to lotto…

– Każdy chce mieć piękny dom, samochód, jeździć na wakacje do ciepłych krajów – wylicza Andrzej Adamczyk, który w Totalizatorze Sportowym pracuje już od ponad 20 lat. – Wreszcie któż nie chciałby kiedyś podejść do szefa i powiedzieć mu prosto w twarz: „A teraz to mi to Lotto” – śmieje się.
Przypomina historię górnika, który od wielu lat modlił się o szóstkę. Na informacje o wylosowanych liczbach zwykł zawsze czekać pod ziemią. Gdy wreszcie dowiedział się, że wygrał ponad trzy miliony złotych, bez wahania podszedł do sztygara i powiedział, że odchodzi. – Później stwierdził, że właśnie wtedy stał się najbardziej wierzącym człowiekiem na świecie – wspomina Andrzej Adamczyk. Nie chodziło jednak wcale o wygraną w Lotto . Jadąc na górę, gorąco modlił się, żeby tylko winda się nie urwała.
O tym, że nie warto spieszyć się z decyzjami, przekonał się zwycięzca, który jeszcze przed odbiorem wygranej zapożyczył się i wyprawił wielką imprezę dla całej wsi. Było to 30 marca 1994 roku, gdy szóstkę trafiło jednocześnie 80 osób. Pieniądze z wygranej w Lotto nie starczyły mu nawet na spłacenie długów.
– Trzeba się więc modlić do Boga o szóstkę, ale także o to, by nie trafił jej nikt inny – przekonuje Adamczyk.